Czekam. A to czekanie dłuży się w nieskończoność. Myśli zagarniane są
tylko w tę nieznaną stronę bo nie wiem co mnie czeka i w kółko o tym myślę.
Czytam. A warto czytać książki jedynie wartościowe. Tylko na takie
poświęcać czas. Bo czasu będzie coraz mniej…
„ Wciąż mam ją przed oczami. Stara kobieta w grubej wełnianej spódnicy,
prostej bluzce, ze związanymi włosami, twarzą przeoraną zmarszczkami. Otoczona
powszechną czcią i szacunkiem. Ręce przepracowane, ale wciąż zwinne. Kiedy
nadchodził czas, szła do chałupy kobiety, z której dochodziły już pierwsze
pokrzykiwania. Wyganiała mężczyzn z domostwa, całowała w czoło przyszłą matkę.
Rozplatała jej warkocz, zdejmowała wszystkie pierścionki, kolczyki, chustki,
żeby nic nie było na niej zawiązane. Kiedy rodzącą trzymały bóle porodowe,
otwierała okna, drzwi, szuflady, kufry, żeby rozewrzeć wrota jej łona. Kazała
złapać się belek w stropie, dała kieliszek wódki na znieczulenie. Kiedy i to
nie pomagało, wysyłała pastucha do cerkwi, żeby pop otworzył bramy świętego
miejsca. Żeby sama Matka Boska przybiegła z pomocą rodzącej. Gdy dziecko
przychodziło na świat, to ona przecinała pępowinę. To ona zakopywała nieczyste
łożysko w progu izby, żeby nikt się nim nie pokalał. Dostawała za swą służbę
bochenek chleba albo dwie miary płótna na zapaskę, czasem kilka okraszonych jaj.
Nazywano ją też babką, babiculą, mądrą babą, babuszką, akuszerką, a jej sztukę-
babieniem” .
![]() |
fot. Hubert Komerski |
Tak zaczyna się wspaniała książka „ Mundra” Sylwii Szwed. Autorka
przeprowadziła rozmowy z dziesięcioma położnymi, przyjmującymi porody w różnych
latach, w odmiennych kręgach kulturowych i czasach w naszym kraju. To wspaniały
portret kobiet, ciekawa obserwacja jak zmieniało się spojrzenie na poród na
przestrzeni lat. Najstarsze położne przyjmowały porody w czasie wojny, w
trudnych warunkach, zdane czasem tylko na swoje dwie ręce i doświadczenie.
Najmłodsze jeżdżą po świecie od Afryki po Europę północną, przyjmują porody
domowe i nie dają zamknąć się w szpitalnej rutynie. Wszystkie rozmówczynie
łaczy jednak miłość do tych maleńkich istot dla których są pierwszymi dłońmi,
łączniczkami między światem naszym a tym
tajemnym, który tu, w tej książce trochę nam przybliżają. Przygotowując książkę
autorka była w ciąży. Położne, z którymi się spotykała pomogły przejść jej przez
ten niezwykły czas. Teraz położne Sylwii Szwed były ze mną, prowadząc moje
myśli spokojnie. To było jak medytacja. Polecam. Nie tylko dla przyszłych mam.
Piękna wzruszająca książka.