czwartek, 3 stycznia 2013

U Mamy Naxi z Lijiang


Stare miasto Lijiang to popularny punkt na turystycznej mapie Chin. Równie zatłoczony przez gości co nasze polskie Zakopane i równie zdewastowane przez masową turystykę. A jednak przywiało nas tam bo Lijiang oprócz swego uroku (mimo wszystko) jest doskonałą bazą wypadową do niezwykłego Wąwozu Skaczącego Tygrysa, który mieliśmy zamiar zobaczyć.
 
LIjiang to zabytkowe (wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury Unesco) zachwycające swą architekturą miasteczko leżące u stóp Himalajów. Zamieszkałe przez lud Naxi, zachowujący swe tradycje i matriarchalne obyczaje.
Taka jest wersja oficjalna, umieszczana w przewodnikach i folderach turystycznych. Tradycja została tu tylko w zabytkowej architekturze a mniejszość Naxi została wyparta na obrzeża miasta stanowiąc jedynie ciekawostkę dla turystów, maskotkę i wabik. W zabytkowych chatkach pootwierali swe sklepy przyjezdni Chińczycy i handlują chińską tandetą.


Ale jest taka pora gdy Lijiang zachwyca swą urodą, kiedy można przejść się labiryntem wybrukowanych uliczek w ciszy, podziwiając, zabytkowe daszki i rynny. Wcześnie rano wylegają mieszkańcy, robią pranie w kanałkach przecinających miasto, zażywają porannej toalety, ciągną wózki z klamotami, jedzą i zachowują się tak jakby całe to miejsce przeniosło się w czasie, gdy chińska masowa turystyka jeszcze nie dotarła. Powoli otwierają się kramy, wlewa się rzeka turystów, hałaśliwych i rządnych tandetnych dupereli.


 
 

Spaliśmy w Mama Naxi Guest House. Gospodynią i szefową tego miejsca była Mama. Kobieta instytucja. Organizuje wyjazdy w okolice, zarządza głośno krzycząc, cudownie kalecząc angielski matkuje wszystkim swoim gościom. Robiła śniadania, co i rusz poiła nas koktajlami z mango i wciskała banany. Do każdego posiłku- banan, po południu- banan, na drogę- banan. Matriarchat w czystej postaci. Na odchodne dostaliśmy ręcznie szyte amulety. Małe torebeczki z tradycyjnego kolorowego materiału z doszytymi drobnymi dzwonkami. Są z nami tu w Polsce i strzegą naszego domu…
 

2 komentarze:

  1. Byłaby to zapewne dla mnie podróż marzeń te Chiny!
    Może kiedyś? :-)))

    OdpowiedzUsuń